Prosze przeczytac list umieszczony na stronie WOSP . Czy nie macie wrazenia , ze podobna do opisanej ponizej atmosfera, jest i w Skokach , i w Kobylce Gornej ,i w Vancouver?
Tak się składa, że od kilku już lat pisuję o Orkiestrze Świątecznej Pomocy, teksty raczej reporterskie, pisane na gorąco, a nawet bardzo gorąco – parę powstało niemal zaraz po zamknięciu nocnego seansu zbiorowego liczenia zebranych pieniędzy. Traktuję to jako dodatkowy, skromny i prawie anonimowy wkład we wspólne przedsięwzięcie, wszak mnóstwo ludzi wkłada w to swój czas, talenty organizacyjne, kulinarne i plastyczne oraz zwyczajną fizyczną pracę. Ponieważ znam przynajmniej jedną poważną i zaangażowaną osobę, której moje teksty się dotąd podobały, podejmuję się tego zadania i tym razem, nie czekając na oficjalne zamówienie ani na zachętę.
Lubię stać w przejściu, w tłumku zaciekawionych widzów, na wprost sceny i świateł, w strumieniu wchodzących i wychodzących stale ludzi. To dobry punkt, pozwala poczuć atmosferę sali, trochę koncertu trochę pikniku, trochę festiwalu, gdzie ze zdarzeniami na scenie przeplata się licytacja falująca zgodnie z emocjami uczestników, plączą się oblepione serduszkami dzieci, kruszą ciastem i dymią gorącą kawą goście z kawiarenki. Od niskotonowych fal drży podłoga, migają światła, jest jak Pan Bóg przykazał na rockowym koncercie.
Sprofesjonalizowała się nam Orkiestra: jest estrada z prawdziwego zdarzenia, podwyższona na poziom wzroku, obstawiona elementami nagłośnienia, jest ściana świateł i nowoczesne stoły mikserskie, na ramieniu szefowej orkiestry, współprowadzącej wieczór i Pani Dyrektor naszej Biblioteki w jednej osobie intrygująco pobłyskuje rubinowe oczko zestawu mikrofonowego. Ta scena, dym i gra świateł przegania wreszcie z naszej Sali koncertowej ducha sali gimnastycznej, jednego z bardziej opornych. Nie mam nic przeciwko salom gimnastycznym, ale atmosfera, zwłaszcza gdy chodzi o koncert czy występy estradowe jest już jakościowo inna. Nastrój orkiestrowych występów jest jednak nadal spontaniczny i młodzieńczy, pokazują się zespoły o różnym poziomie przygotowania zawodowego, młode, dziecięce, niedziecięce, osoby znane z konkursowych programów telewizyjnych i osoby znane szeroko w szkole podstawowej w Skokach. W programie, dobrze zmontowanym, różnorodnym i ciekawym oprócz świetnej naprawdę kapeli rockowej, dynamicznej, ile trzeba ostrej, bardzo efektownej muzycznie (te gitarowe solówki!) pojawia się w pewnym momencie naprawdę malutka i trochę stremowana gimnastyczka-artstyczka, ledwie widoczna na scenie, ale gorąco oklaskiwana przez doraźnie zebrany tłumek swoich fanek i koleżanek.
Był duży zespół taneczny „Metrum”, mały zespół taneczny, byli barmani- żonglerzy, czasowo bezalkoholowi, był człowiek – pająk, mr. Spider, z pokazem zawierającym elementy sztuki cyrkowo-akrobatyczno-estradowej to znaczy mieszanki sportowej sprawności fizycznej z prawie delikatną elegancją. Może jestem staroświecki w hiphopowych czasach, ale dla mnie palma (tak się kiedyś mówiło) pierwszeństwa należy się „Sticky Fingers” w „Satisfaction” The Rolling Stones. Posłuchajcie sobie tego z winyla w oryginale!
Na naszych oczach nocne spotkanie z okazji finału Orkiestry (w dzień trwa zbiórka na ulicy) wpisało się w kalendarz imprez i zdarzeń w lokalnej społeczności Skoków i gminy. Ósmego stycznia spotykamy się na ulicach a później w okazałej Sali Gimnazjum tak jak spotykamy się na święcie miasta w czerwcu, na rynku 11-go listopada. Potwierdza to moją starą teorię, że dzień finału WOŚP jest czymś więcej niż tylko okazjonalnym porywem dobroczynności, czy nieco większą publiczną zbiórką na szlachetny cel, że jest manifestacją obywatelskiej aktywności, rodzajem społecznego ruchu, który organizuje się raz do roku, ale nie traci przez to żadnej ze swoich zalet.
Wiemy przecież, że jest to ogromne przedsięwzięcie organizacyjne, za którym stoi energia i praca wielu ludzi, dzieci, dorosłych, organizatorów, w szkołach, urzędach i instytucjach, w organizacjach jak Koła Gospodyń Wiejskich, właśnie tu, na poziomie lokalnych samorządów i społeczności a nie w Warszawie. Inkubatory z czerwonymi serduszkami staną zresztą też na oddziałach szpitali w Otwocku, Trzebiatowie i Rabce. Wrzucając pieniądze do puszek dzieciaków kwestujących na ulicy, przy okazji kawy w kawiarence czy przy stole końcowej licytacji mam poczucie że dopisuję się do długiej listy świadomych uczestników ważnego przedsięwzięcia, a nie, że spełniam tylko dobry uczynek.
Czytam gazety, natykam się na dyskusje o obowiązkach państwa, z których niby je wyręczamy, jakieś mądre wywody na co by lepiej przeznaczyć zebrane fundusze itp. Wydają mi się zimne i wydumane. Wszyscy jesteśmy trochę dziećmi kultury protestu, wiedza o protestach historycznych i aktualnych jest stale uzupełniana, o wspólnych przedsięwzięciach innego rodzaju mówi się jakoś mniej. Też się trochę w życiu naprotestowałem, ale przy tej okazji mam spokojną satysfakcję, że mogę robić coś razem z innymi i dla innych w inny sposób. Wiem, że w dobrze zorganizowanym państwie pompy insulinowe nie powinny być kupowane za worek ciężkich monet zebranych w dodatku na ulicy, że składki zdrowotne i że Ministerstwo Zdrowia i że w ogólności rząd cały, ale to nie zmienia moich przekonań i mojej oceny. Dokładam jak wszyscy swój czas, swoje pięć i dziesięć i sto złotych, wiedząc, że to samo robi ze mną ze sto tysięcy ludzi, że ktoś doda 50 koron z tych ciężko zarobionych latem w Szwecji a ktoś duży w Lublinie kupi obraz za sto pięćdziesiąt tysięcy i tego samego wieczoru odda go na drugą licytację. To nie jest poryw serca, choć o gorących sercach często się tu mówi . To jest wolny wybór.
To jest moim zdaniem najsympatyczniejsze polskie cywilne święto, święto dobromyślności, humanistycznej troski i obywatelskiego, bezinteresownego zaangażowania, w kraju - jak wiemy- pełnym drobnych uraz, dość powszechnej złości i zawziętego starania o codzienny byt. Okazuje się, że stać nas na mobilizację i organizację w takiej skali nie tylko w godzinie zagrożenia czy powodzi. Stać nas na czynne działanie bez poczucia przymusu lub zobowiązania, że są obszary, którymi nie zawładnęły jeszcze podziały i konieczności przypisywania się „za” lub „przeciw”. Strażnicy, malkontenci i poprawiacze nie wypowiadają tylko opinii jak inne. Chcą nas zapisać do jakiegoś stronnictwa, wepchnąć w podziay,zepsuć nam zabawę. Więc póki co aktem wolnego wyboru potwierdzam swój udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, społecznej akcji zbierania funduszy na zakup sprzętu ratującego życie wcześniaków i pomp insulinowych dla kobiet dopiero spodziewających się dziecka
Pieniądze liczy się w nocy. Przecież nie dlatego, żeby ciemności osłaniały tą operację, tylko dlatego, że impreza w Skokach trwa do dziewiątej, później trzeba pomóc przy sprzątnięciu stanowisk, zebrać ważne listy, spisy i notatki, pilnować wszystkiego, co ważne. Ten mało widowiskowy spektakl dobrze pokazuje gdzie kończy się zabawa i luz a gdzie zaczyna się księgowość, dokładność I odpowiedzialność – odpowiedzialność za nieswoje pieniądze. Taka też jest Orkiestra. Zawartość każdej puszki trzeba rozsypać i policzyć na sztuki banknoty i bilon. Trzydzieści siedem po dwa złote i dwanaście po pięć groszy, wszystko w osobnych torebkach, do każdej jest pisemny protokół. Puszek jest mnóstwo, każda przypisana do określonej osoby: przedszkolak Jan i odpowiedzialna szefowa kawiarenki. Jak to się skończy zaczyna się liczyć jeszcze raz, tym razem zbiorczo, nominałami, osobno zielone setki, osobno dwugroszówki, błyszczące i zaśniedziałe. Musi się zgadzać „na krzyż” Jak się nie zgadza, to się liczy jeszcze raz. Z solidnego pudła po papierze ksero pod ciężarem zwyczajnych portmonetkowych dwuzłotówek wypada dno.
Licząc trzeźwo rachujemy, że w czasie kryzysu i tak dalej, że przecież nie musi, nie może być stale więcej i tak dalej… ale w zwyczajowym telefonie o drugiej w nocy nie sposób ukryć radości.
Ludzie – chciałoby się powiedzieć – choć różnie o sobie mówimy, w takich przypadkach nie ma na nas mocnych.
Koniec imprezy, scena demontowana, licytacja zamknięta, zwijamy obrusy, spisy, długopisy, nic się już nie dzieje. Ludzie prawie już powychodzili, tymczasem wraca się jeszcze ktoś, śpieszy się, może przyszedł za późno, może był zajęty, może się zamyślił na amen, może się wrócił do domu, przebiegł na drugą stronę albo pojechał na drugą wieś i jeszcze zdążył
- gdzie można wrzucić?
- co wrzucić?
- no – pieniądze
- zaraz, zaraz. Puszka, długopis, lista, autograf, dziękuję bardzo. Składa w cztery i wsuwa, właściwie nadal w pośpiechu, niebieski banknot.
Wieziemy do Skoków elementy scenografii. Do małego busa próbujemy wstawić wielkie czerwone serce, błękitne cienkie orbity i kruche styropianowe krasnale. Istny happening. Pada deszczyk, bus jest za mały, trzeba się pospieszyć, żeby nie rozmywała się farba. Serce zajmuje całą wolną powierzchnię, ledwie domykają się drzwi, dwie młode pasażerki, do tego pewnie współautorki tego dzieła lądują na podłodze. Kiedy dowieziemy je na miejsce zgubi się, całkiem małe w ogromnej przestrzeni ale dziewczyny z ośrodka w Antoniewie, które je zrobiły mogą się czuć współuczestniczkami tak samo jak profesjonaliści, którzy zmontowali nad sceną konstrukcję świetlnej ściany pulsującej kolorami i blaskiem chromowanych elementów.
Adam Pohl Antoniewo
A u nas , w Vancouver , kwota zebrana i gotowa do przeslania na warszawskie konto WOSP w banku PeKaO SA osiagnela rekordowa wyskosc : 7785 dolarow kanadyjskich i 100 zlotych polskich !!!!